Stanis�aw Lem        Szczur w labiryncie

   Uo�y�em na p�kach teczki z protoko�ami do�wiadcze� i zamkn��em szafk�. Powiesiwszy klucz na gwo�dziu, poszed�em do drzwi. Kroki dono�nie rozbrzmiewa�y w nagrzanej ciszy. Si�gaj�c do klamki, zatrzyma�em si� z podniesion� g�ow�. Us�ysza�em lekki, po�pieszny szelest.

   - Szczur - przelecia�o mi przez g�ow�. - Wymkn�� si� z klatki? To niemo�liwe.

   Labirynt, rozstawiony na sto�ach, mog�em ogarn�� jednym spojrzeniem. Kr�te korytarzyki pod szklan� os�on� by�y puste. To chyba z�udzenie. A jednak nie rusza�em si� z miejsca. Znowu szmer od okna. Wyra�ne szuranie pazurk�w. Odwracaj�c si�, przysiad�em szybko i zajrza�em pod sto�y. Nic. Zn�w szmer, tym razem z drugiej strony. Podbieg�em do pieca. Zza plec�w dobieg� mnie natarczywy, kr�tki szmer. Zastygaj�c na miejscu, powoli zwr�ci�em g�ow� w bok i patrza�em k�tem oka. By�o jasno i cicho. Drugi szmer i trzeci, z przeciwnej strony. Roztr�ci�em gwa�townie sto�y. Nic. Tu� przy mnie bezczelne szuranie,. odg�os gryzionego drzewa. Nieruchomy jak pos�g obserwowa�em pok�j. Nic. Raptem trzy, cztery ostre szmery, szurgot pod sto�ami. Dreszcz obrzydzenia poszed� mi po grzbiecie.

   - No, nie boisz si� chyba szczur�w - skarci�em si�. Od szafki, kt�r� zamkn��em przed chwil�, dobieg�o energiczne zgrzytanie z�bk�w. Dopad�em drzwiczek - co� miota si� za nimi, kot�uje mi�kko, ciska. Szarpi� zamek... i szary k��b bucha mi prosto w piersi. Zd�awiony strasznym l�kiem, bez tchu, z ohydnym skurczem w krtani obudzi�em si� z takim wysi�kiem, jakbym wywa�a� sob� kamienn� p�yt�.

   W aucie by�o ciemno. Ledwo dostrzeg�em profil Roberta w zielonym �wietle zegar�w. Odchyli� si� nonszalancko do ty�u, r�ce skrzy�owa� na kierownicy. Podpatrzy� gdzie� ten chwyt, pewno u jakiego� zawodowego kierowcy.

   - No, co tam z tob�? Nie mo�esz usiedzie�? Doje�d�amy ju�.

   - Duszno w tym pudle - mrukn��em, opuszczaj�c okno, i wystawi�em g�ow� na ostry wiatr. Ciemno�� lecia�a w ty�, tylko szmat szosy przed nami wibrowa� od p�du w �wietle reflektor�w.

   Jeden zakr�t, drugi - snopy �wiat�a otwiera�y d�ugie ulice mi�dzy pniami wysokich sosen. Jak bia�e duszki wyskakiwa�y z mroku i gin�y milowe s�upki. Naraz asfalt sko�czy� si�. Chevrolet skoczy� na wybojach i rwa� ta�cz�c w�sk�, le�n� drog�, a� mrowie przechodzi�o mnie na my�l, �e mo�emy najecha� na jaki� nie wykarczowany pniak. Nic jednak nie m�wi�em. Drzewa rozrzedzi�y si� przed nami, rozst�pi�y si� na boki, byli�my na miejscu. Jak mog�em si� spodziewa�, Robert nie zwolni� na skraju polany i zahamowa� ze zgrzytem tu� przed majacz�c� blado p�acht� namiotow�. Przednimi ko�ami dotkn�� nieomal ko�k�w, do kt�rych przywi�zane by�y liny. Chcia�em doci�� mu ju� za t� g�upi� brawur�, gdy wspomnia�em, �e to nasz ostatni wiecz�r.

   W Albany na poste restante oczekiwa�a Roberta wiadomo��, �e ma za dwa dni stawi� si� w redakcji. Tyle w�a�nie czasu poch�on�� musia�o przebycie tysi�ca bez ma�a kilometr�w, jakie dzieli�y miejsce naszego biwaku od Ottawy: do Albany autem, dalej statkiem, potem zn�w autostrad�. Robert zaproponowa� mi, �ebym zosta� nad jeziorem sam, do ko�ca wrze�nia, tak jake�my planowali, a ja, oczywi�cie, nie zgodzi�em si� na to.

   Tu� za miasteczkiem, wyje�d�aj�c o zmroku na autostrad�, przejechali�my zaj�ca. By� to jedyny okaz dzikiej zwierzyny, je�li nie liczy� pstr�g�w, kt�ry sta� si� naszym �upem my�liwskim. Wzi�li�my go do auta i teraz zabrali si� do przygotowania kolacji. Zaj�c by� stary i wskutek tego oporny na dzia�anie ognia; ugry�� da� si� dopiero oko�o p�nocy. Zmagania z �ykowat� pieczeni� rozwia�y nieco nasz grobowy nastr�j, przyczyni�o si� do tego i piwo, chowane w baga�niku na jak�� szczeg�ln� okazj�. Uznali�my, �e w�a�nie nadesz�a. Robert przypomnia� sobie naraz przywiezione z miasteczka gazety i poszed� po nie do auta. Gasn�ce ognisko nie dawa�o do�� �wiat�a, w��czy� wi�c boczny reflektor.

   - Zga�! - zawo�a�em.

   - Zaraz.

   Rozpostar� gazetowe p�achty.

   - Nie jeste� godny przebywania w tych czcigodnych ost�pach - powiedzia�em, zapalaj�c fajk�. - Mieszczuch z ciebie i tyle.

   - S�uchaj lepiej.

   Robert pochyli� si� nad gazet�.

   - Ten meteor, o kt�rym pisano w zesz�ym tygodniu, pami�tasz? Znowu si� pokaza�.

   - Bujda.

   - Ale� nie, s�uchaj



   Dzi� w godzinach rannych - to wczorajsza ,gazeta - zbli�y� si� po raz trzeci do Ziemi i wchodz�c w g�rne warstwy atmosfery, rozpali� si� do bia�o�ci, po czym oddali� si�, gasn�c. Na konferencji prasowej w Toronto profesor Merrywheather z miejscowego obserwatorium astronomicznego zdementowa� wersj�, szerzon� przez pisma ameryka�skie, jakoby cia�em tym byt statek kosmiczny, okr��aj�cy nasz� planet� przed l�dowaniem. Jest to - o�wiadczy� profesor meteor, pochwycony ziemskim przyci�ganiem, kt�ry sta� si� nowym ksi�ycem i okr��a Ziemi� po eliptycznej orbicie. W odpowiedzi na pytanie naszego korespondenta, czy nale�y liczy� si� z upadkiem meteoru na Ziemi�, profesor Merrywheather odpar�, �e nie jest to wykluczone, albowiem, zbli�aj�c si� przy ka�dym okr��eniu do Ziemi, meteor ulega zahamowaniu wskutek tarcia o powietrze. Kwestia ta, opracowywana przez liczne obserwatoria, zostanie niebawem wyja�niona...



   Tutaj mam gazety ze Stan�w sprzed trzech dni. Ale� oni tam brykaj�:



   "Gwiazdolot kosmiczny zbli�a si�", "Elektrom�zgi b�d� t�umaczy�y mow� nieznanych istot", "Mamy go�ci z kosmosu..."



   - No, popatrz - doda� z odcieniem �alu - a ja tu siedzia�em w lesie.

   - Przecie� to wszystko kaczki - powiedzia�em. - Zga� �wiat�o i rzu� t� makulatur�.

   - No tak, koniec ba�ni...

   Robert wr�ci� w p�mroku do ogniska, kt�re zmieni�o si� w stos czerwonego �aru, dorzuci� ga��zi, a gdy zajmowa�y si�, usiad� na trawie i odezwa� si� nieg�o�no:

   - A mo�e to by� statek... czemu si� �miejesz? - doda�. - Bo wiedzia�em, �e nie dasz temu spokoju.

   - Ej, ty psychologu, psychologu - mrucza� Robert, poruszaj�c ga��zi� ognisko, kt�re jak podra�nione, wyrzuca�o snopy iskier, trzeszcz�c przera�liwie. - A dlaczego to nie mole by� statek? No, powiedz.

   - Powiem ci. Gdzie jest koc? Ci�gnie od ziemi jak diabli. Zapowiada si� na przymrozek. Wi�c, m�j drogi, przez sze�� tysi�cy lat cywilizacji ziemskiej nie przyby� do nas �aden pojazd kosmiczny. Takie wydarzenie zostawi�oby niechybnie �lad w kronikach historycznych... a nie ma go. Ot� prawdopodobie�stwo jakiego� zdarzenia mo�na oceni� wed�ug jego cz�sto�ci, rozumiesz? Wielkie meteory spadaj� na Ziemi� co jaki� czas - raz albo i dwa razy na stulecie. A statk�w nie by�o... dlatego prawdopodobie�stwo, �e to ogniste cia�o by�o rakiet�, jest praktycznie r�wne zeru.

   - No tak... ale wiadomo przecie� - Robert o�ywi� si� �e istniej� zamieszkane planety. Je�li nie w naszym systemie s�onecznym, to w innych. Tak, �e wreszcie przyleci do nas jaki� statek...

   - A, to mo�liwe. Za dwa miliony lat, powiedzmy. A mo�e ju� za sto tysi�cy. Nie chc� ci� martwi�, jak widzisz. - C� by to by�o za nies�ychane zdarzenie... - marzy� g�o�no Robert. - Uwa�asz, opinie dziel� si� w tej kwestii w ten spos�b: jedni s�dz�, �e taki kontakt z innymi przyni�s�by nam dobrodziejstwa, a inni - �e by�by to pocz�tek "wojny �wiat�w". Po kt�rej stronie si� opowiadasz?

   - Po �adnej. By�oby to co� w rodzaju wizyty �limak�w u wiewi�rek i wyniki by�yby podobne: �adne. R�nice struktury nie dadz� si� przekroczy�.

   - Struktury m�zgu?

   - Nie tylko. Struktury �ycia w og�le. Nawet gdyby posiadali mow� - co wcale nie jest pewne - nie dogadaliby�my si� z nimi...

   - Po jakim� czasie da�oby si� to przecie� zrobi�.

   - Bardzo w�tpi�.

   - Dlaczego?

   - My, ludzie, jeste�my wzrokowcami; mn�stwo naszych poj�� wywodzi si� z dziedziny wra�e� optycznych. Ich doznania mog� si� opiera� na innej zasadzie... na przyk�ad w�chowej. Albo nieznanej, jeszcze innej, chemicznej, czy la wiem. Coraz zimniej si� robi. Dorzu� do ognia. Wi�c, mniejsza nawet o r�nice zmys��w, te w ko�cu pokona�aby si�, ale wtedy zobaczyliby�my, �e nie mamy z nimi o czym m�wi�... Jeste�my tw�rcami i udoskonalaczami futera��w do mieszkania, do okrywania cia�a, do podr�owania... poza tym zajmujemy si� karmieniem i oczyszczaniem naszych cia�, poruszaniem .si� w um�wiony spos�b (mam na my�li sporty) - ot� w tych wszystkich dziedzinach nie by�oby wsp�lnego j�zyka...

   - C� ty opowiadasz, Karolu? Nie przylecieliby przecie� do nas, by rozmawia� o modzie czy sporcie.

   - A o czym?

   - No... o problemach og�lnych...

   - O jakich?

   - C� mnie tak egzaminujesz! O nauce, o fizyce, technice...

   - Udowodni� ci, �e si� mylisz. Nie masz jakiego drucika pod r�k�? Fajka mi si� zatka�a. Dzi�kuj� ci. Ot�, po pierwsze, ich cywilizacja mo�e rozwija� si� w zupe�nie innym kierunku ani�eli nasza - w takim wypadku porozumienie by�oby nadzwyczaj trudne. Ale nawet, je�li za�o�y�, �e jak u nas, zasadza si� ona na doskonalonej technice, to rozmowa nastr�cza�aby niewyobra�alne trudno�ci. My nie jeste�my jeszcze zdolni pokona� przestrzeni mi�dzy gwiazdami, nieprawda�, a ani, je�li przyb�d�, wyka�� tym samym, �e potrafi� to zrobi�. Tak wi�c b�d� g�rowa� nad nami, b�d� nas wyprzedza� technicznie, a zarazem naukowo, bo jedno ��czy si� z drugim. Wyobra� sobie teraz, �e fizyk wsp�czesny, jaki� de Broglie czy Lawrence, spotyka swego ziemskiego koleg� sprzed stupi��dziesi�ciu czy dwustu lat. Tamten opowiada o jakich� flogistonach, a ten m�wi o promieniowaniu kosmicznym, o atomach...

   - No dobrze, ale my wiemy ju� dzi� o atomach, i to niejedno.

   - Zgoda, ale oni wiedz� ju� znacznie wi�cej, atomy s� mo�e dla nich poj�ciem grubo przestarza�ym albo je w og�le przeskoczyli, inaczej rozwi�zali zagadnienie materii... nie, nie my�l�, �eby to by�y p�odne rozmowy - nawet na terenie nauk �cis�ych. A w sprawach codzienno�ci nie znalaz�oby si� ju� nic wsp�lnego - tak wi�c, nie potrafi�c si� porozumie� w konkretach, tym oczywi�cie nie porozumiemy si� w sferze uog�lnie�, kt�re s� pochodnymi tych konkret�w. Inne planety, inna fizjologia, inne �ycie umys�owe... chyba �e... ale to bajka...

   - Chyba �e co? M�w.

   - E, nic. Przysz�o mi do g�owy, �e mogliby z pozoru by� do nas bardzo podobni, a jednak przedstawia� �wiat niepoj�ty... - urwa�em.

   - Nie bardzo ci� rozumiem. Co chcia�e� powiedzie�?

   - Chodzi to - wyja�ni�em; uderzaj�c trzonkiem fajki o kamie� - �e na Ziemi tylko cz�owiek osi�gn�� wysoki stopie� umys�owego rozwoju. W odmiennych warunkach mog�yby si� r�wnolegle rozwin�� dwa rozumne gatunki, r�ne od siebie...

   - I wybuch�aby mi�dzy nimi walka - czy o to ci chodzi?

   - Nie. To wci�� jeszcze ziemski, antropocentryczny punkt widzenia. Ale dajmy temu spok�j. Dochodzi druga, chod�my spa�.

   - Dobry sobie. Teraz spa�? Nie, musisz powiedzie� wszystko.

   - B�g z tob�. Powiem, chocia� wgada�em si� w nieprawdopodobn� bajd�. Jeden z tych gatunk�w rozumnych m�g�by by� cz�ekokszta�tny, ale na niskim stopniu rozwoju... a ten drugi panowa�by nad nim, i... wyobra� sobie tak� sytuacj�: na Ziemi l�duje statek, odkrywamy w nim istoty podobne do nas, fetujemy je jako zwyci�zc�w przestrzeni, a tymczasem s� to po prostu formy z innego �wiata ni�sze, uwa�asz, kt�re w�a�ciwi konstruktorzy pocisku wsadzili do pojazdu i wystrzelili w przestrze�... tak jak my wysy�amy w rakietach ma�py...

   - To niez�a historia. Dlaczego nie piszesz takich opowiada�? Masz bujn� wyobra�ni�.

   - Nie pisn� bajek, bo robi� co� innego. Ale teraz nie- odwo�alnie ju� idziemy spa�. Rano pop�ywamy jeszcze po jeziorze, chcia�em... ale czekaj no, co si� dzieje?

   - Gdzie?

   - Tam, nad lasem.

   Robert zerwa� si� z ziemi. Niebo, dot�d niewidoczne, poja�nia�o. Zab�ys�y blaskiem obrze�a chmur.

   - Co to, ksi�yc? Ale �wiat�o za silne... patrz. Przyb�r blasku nie ustawa�. Chwila, a pobliskie drzewa j�y rzuca� cienie. Naraz o�lepiaj�cy s�up ognia rozerwa� chmury. Musia�em zamkn�� oczy. Twarz i r�ce oparzy� momentalny gor�c. Ziemia wzdrygn�a si� pode mn�, skoczy�a i zapad�a. Potem da� si� s�ysze� przeci�g�y, ze wszystkich stron nieba nadlatuj�cy grzmot, kt�ry r�s� i opada� kaskadami. Przez s�abn�cy �oskot s�ycha� by�o przera�liwy trzask i �omot padaj�cych drzew. Gor�cy podmuch uderzy� w nas, rozmi�t� ogniska, poczu�em pal�cy b�l w nodze - dosta�o mi si� g�owni�. Krztusz�c si� w ob�okach popio�u, potoczy�em si� w bok. Z twarz� wci�ni�t� w traw � przeczeka�em kilkana�cie d�ugich sekund. Powoli nasta�a cisza, niespokojny wiatr szumia� w ga��ziach ocala�ych drzew, ciemno�� wr�ci�a i tylko nad p�nocnym horyzontem pe�ga�a czerwonawa �una.

   - Meteor! Ten meteor! - z uniesieniem zawo�a� Robert. Zakr�ci� si� na miejscu, skoczy� do auta i zapali� reflektory. W ich blasku ukaza�y si� rzucone p�asko na ziemi� p�achty namiotowe, pok��bione i osypane wygas�ym �arem pos�ania, a Robert, biegn�c na wszystkie strony, donosi� mi z podnieceniem:

   - Przednia szyba wozu trzas�a - wida� jaki� od�amek... ten wielki �wierk wyrwa�o z korzeniami... no, szcz�cie, �e nas drzewa os�oni�y... czekaj, wezm� lornetk�, p�jdziemy zobaczy� z brzegu, co si� tam dzieje...

   Zostawiwszy za sob� �wiat�a samochodu, w�sk� dr�k� dostali�my si� na opadaj�cy �agodnie brzeg zatoczki. W dalekiej, pomrocznej �unie zaznacza�y si� s�abo kszta�ty ciemnych g�az�w, stercz�cych z wody. Robert lornetowa� ciemno�� na wszystkie strony, ale nie odkry� nic poza jednostajnym, szkar�atnym brzaskiem u p�nocnego widnokr�gu.

   - Chod�! Pojedziemy tam. Obejrzymy z bliska. Ch�opie, c� b�d� mia� za sensacj�! - zawo�a� Robert. Ol�niony swym pomys�em, po�pieszy� do obozowiska.

   - Dla twojej gazety? - spyta�em powa�nie, cho� w gardle �askota� ju� �miech.

   - A jak�e.

   - Min�a druga. Jest noc. Po�o�ymy si� spa�.

   - Co ty m�wisz!

   - Po�o�ymy si� spa�! - o�wiadczy�em z naciskiem. We� p�acht� z drugiej strony, naci�gniemy j�. Materace podziurawione jak rzeszoto... trzeba wyci�gn�� poduszki z auta. Je�eli to by� meteor, do rana nie ucieknie. Przy �wietle mo�emy zrobi� wypad w tamt� stron� - jeziorem, bo w�z nie przejedzie. To, zdaje si�, na p�nocnym brzegu, na tych bagnach. W�z ca�y?

   - Tak, tylko przednia szyba.

   - Dobre i to. A teraz spa�.

   Robert, mrucz�c co� o drobnomieszczanach, kt�rzy nawet pod koniec �wiata nak�adaj� filcowe pantofle, wesp� ze mn� postawi� namiot i u�o�y� w nim siedzenia samochodowe. Mycie naczy� od�o�yli�my ze wzgl�du na wyj�tkowe okoliczno�ci do jutra. Zasypia�em ju�, gdy Robert odezwa� si�:

   - Karol. Ze statystycznego punktu widzenia prawdopodobie�stwo, �e ten meteor spadnie akurat tutaj, by�o r�wne zeru. Co ty na to? S�yszysz? - podni�s� g�os.

   - S�ysz� - odpowiedzia�em z�y. - Daj mi wreszcie spok�j.

   Naci�gn��em koc na g�ow� i zasn��em natychmiast. Obudzi� mnie ryk syreny samochodowej. Wyjrza�em z namiotu. By� ju� dzie�. Robert krz�ta� si� .przy aucie. Zacz�� t�umaczy�, �e nacisn�� syren� niechc�cy. Nie da�em mu doko�czy� i poszed�em do jeziora. Biwak nasz znajdowa� si� na czubku wielkiego p�wyspu. Jezioro otacza�o go czarn�, nieruchom� prawie tafl�, w kt�rej odbija�a si� zwarta �ciana lasu. Tu i �wdzie zia�y w niej szczerby. P�nocny brzeg, rysuj�cy si� zazwyczaj cienk� lini� na horyzoncie, by� niewidoczny; ci�gn�a si� tam �awica bia�ych mgie�. Tu� za wielkimi g�azami otwiera�a si� g��bia; skoczy�em w wod�, trac�c od razu dech, tak by�a zimna, i op�yn��em doko�a cypel; potem, le��c na wznak i pracuj�c nogami, wr�ci�em do brzegu. Robert spycha� ju� ��d�, musia� jednak zaczeka�, a� zjem �niadanie, bo nie chcia�em us�ucha� go i je�� w czasie wyprawy. Potem silniczek nie chcia� zapali�, trzeba by�o przedmucha� ga�nik, tak �e odbili�my dopiero po dziesi�tej.

   Poszarpana linia lesistych brzeg�w rozci�ga�a si� za nami; oddaliwszy si� od nich, poczuli�my s�aby wschodni wiatr, kt�ry podnosi� fale. Silniczek pracowa� dono�nie w czystym powietrzu i posuwali�my si� szybko. Po kilkunastu minutach brzeg sta� si� sin� smug�, za to �ciana mgie� zdawa�a si� podnosi�, wysuwa�y si� � niej mleczne opary, si�gaj�ce pochmurnego nieba. Nie maj�c nic do roboty, siedzia�em bez ruchu na �aweczce, a moje pow�tpiewanie w celowo�� wyprawy ros�o.

   Usi�owa�em przypomnie� sobie wszystko, co kiedykolwiek czyta�em o meteorach, a zw�aszcza o wielkim meteorycie syberyjskim. Miejsca jego upadku poszukiwano przez lata ca�e daremnie, a mieszka�com okolic, nad kt�rymi przelatywa�, zdawa�o si�, �e spad� w ich bezpo�rednim pobli�u. Je�li "nasz" meteor by� r�wnie wielki, m�g� spa�� o kilkana�cie mil dalej na p�noc, my�la�em, i poszukiwania spe�zn� na niczym. Jednak�e ta mg�a... nigdy nie widzia�em jeszcze tak g�stej, na podobnie wielkim obszarze. Przysz�o mi raptem do g�owy, �e gotowi�my zab��dzi� w niej bez kompasu. Spojrza�em na ruf� - brzegi znik�y, otacza�a nas czarna, pofa�dowana, miarowo ko�ysz�ca �odzi� powierzchnia w�d. Je�li meteor upad� nawet stosunkowo blisko... to i tak droga ku niemu przez bagna nie b�dzie �atwa.

   W aucie by�a mapa okolicy, nale�a�o j� zabra�, ale jak to zwykle bywa, zapomnieli�my o tym. Centrum katastrofy wskazuj� korzeniami powalone drzewa... przynajmniej teoretycznie. Po brzegu, do kt�rego zmierzali�my, nie �atwo si� by�o porusza� nawet przy doby ej widoczno�ci... Ca�e przedsi�wzi�cie wydawa�o mi si� ju� bezsensowne, milcza�em jednak, wiedz�c a� nadto dobrze, �e Robert b�dzie g�uchy na argumenty rozs�dku.

   Dop�ywali�my do �ciany mgie�. Wysuwa�a ku nam nisko �ciel�ce si� po wodzie, d�ugie odn�a. Otoczy�a nas mleczna jasno��. Raz jeszcze, w prze�wicie mi�dzy dwoma k��bami opar�w, zobaczy�em czarny obszar wodny, potem rozwijaj�ce si� j�zyki mg�y �agodnie zamkn�y si� i pop�yn�li�my w ciep�ej, wilgotnej chmurze. Opanowa�o mnie osobliwe uczucie - nie l�k, ale przemo�ne wra�enie, �e zmierzamy ku czemu� niezwyk�emu, co lada chwila wynurzy si� z nieprzejrzanej jasno�ci. Nacisn��em r�koje�� silniczka i wydoby�em jego wiruj�c� �rub� z wody.

   - Co robisz! -zawo�a� Robert.

   Opu�ci�em drug� r�k� wios�o, bo wydawa�o mi si�, �e dzieje si� co� niedobrego. Woda, zamiast wzburzy� si� wok� �opatki wios�a, pozosta�a nieruchoma.

   - Robert! - krzykn��em - pr�d nas niesie. Przedtem �adnego tu nie by�o!

   Bia�e opary zalewa�y ��d�, rozmazuj�c kszta�t dziobu; uderzaj�c energicznie wios�em, ustawi�em j� bokiem, potem ty�em do pr�du, opu�ci�em �rub�, woda zawrza�a za ruf�, ale cho� motor pcha� nas teraz w przeciwnym kierunku, p�yn�li�my dalej w g��b chmury, ruf� naprz�d.

   - Wios�a! Robert, wios�a! - krzykn��em.

   ��d� nie ko�ysa�a si� ju� jak przedtem. Dygoc�c nieznacznie, ale tak, �e czu�o si� w tych drobnych ruchach niezwalczon� si�� pr�du, lecia�a, przecinaj�c mg��. Stawa�o si� mroczniej, a w rozrzedzeniach mg�y woda, uderzana wios�ami, ciemnia�a poprzez lotne opary dziwnie brunatna. Wysi�ki nasze nie dawa�y rezultatu, przeciwnie, od straszliwego p�du �aweczka pode mn� dr�a�a jak napi�ta struna. Wtem basowy g�os motoru rozebrzmia� tu� nad nami. Samolot! - zawo�ali�my z jak�� nierozumn� nadziej�, podnosz�c oczy w g�r�. Nie zobaczyli�my nic. Odg�os motoru oddala� si�, a� znik�, za to poprzez szczekanie naszego silniczka da� si� s�ysze� miarowy, g�uchy szum, jak gdyby wodospadu. Na wprost ukaza� si� we mgle potworny garb, ��d� stan�a d�ba i run�a w d�. Rozpaczliwymi uderzeniami wiose� chcieli�my utrzyma� j� w r�wnowadze, na pr�no. Czu�em, jak �awka wymyka si� spode mnie; fala zimnym uderzeniem rzuci�a mnie w bok, straci�em z oczu Roberta, odruchowa zacz��em p�yn��, walcz�c o utrzymanie si� na powierzchni, czu�em, jak s�abn�. Lecia�em po czarnej, nachylonej stromo krzywi�nie, ze wszech stron wody wali�y w bulgoc�cy potwornie lej. Wessa�o mnie. Ci�gn�o g��biej i g��biej. Dusz�c si�, d�awi�c, zobaczy�em pulsuj�ce czerwono ognie i straci�em przytomno��.

   Odzyska�em j� w torsjach. Le�a�em na brzuchu, na czym� elastycznym, napi�tym, ustami i nosem wykrztusza�em wod�. Le�a�em tak d�ugo. Co� p�askiego, �liskiego uderza�o mnie w bok - ten ruch zamiera� i po jakim� czasie pojawia� si�, to trzepotanie, jakby �ywej istoty, trze�wi�o mnie. Wspar�szy si� na r�kach, siad�em. Zaczyna�em widzie�. Doko�a by�a ciemno��, ale przy mnie sta� bardzo s�aby, szarawy pobrzask. Opodal spoczywa� jaki� du�y, �wiec�cy blado przedmiot. Wci�� kaszl�c, podnios�em r�ce do twarzy, �eby j� przetrze�, i znieruchomia�em. Moja koszula, mokra, jak wy��ta, przylepiona do cia�a jak i szorty, m�tnie prze�wieca�a. Moje d�onie, palce, nagie przedramiona wydziela�y fosforyczny, szarawy blask. Ca�e moje cia�o �arzy�o si� m�tnym, nie grzej�cym ogniem. Przetar�em kurczowo oczy, bo ogarnia� mnie zawr�t g�owy. To nic, to tylko halucynacja - m�wi�em sobie bez g�osu. Otwar�em powieki. Obraz nie znika�, przeciwnie, odkrywa�em coraz nowe szczeg�y. Owym kszta�tem opodal by� Robert. Cia�o jego po�yskiwa�o jak moje. Z najwi�kszym wysi�kiem unios�em si� i na kolanach dope�z�em do niego. Potrz�sn��em go za rami�, raz i drugi - ockn�� si�, zobaczy�em jego oczy, nie �wiec�ce i przez to odznaczaj�ce si� ciemnymi plamami w twarzy. Zacz�� oddycha� g��biej, zakrztusi� si� gwa�townie, wyrzucaj�c ustami wod�. Zbyt s�aby, by go pod�wign��, siedzia�em cierpliwie, czekaj�c, a� oprzytomnieje do reszty.

   - Co to... Karol? Gdzie... my...? - odezwa� si� na koniec ochryple. Milcza�em patrz�c, jak wstaje chwiej�c si�, jak odkrywa ten sam fenomen �wiecenia, kt�ry tak mnie przed chwil� porazi�. Si�y wraca�y mi powoli. Oddycha�em g��boko, czuj�c, jak przeja�nia mi si� w g�owie. Stan��em przy Robercie. Spojrzeli�my na siebie; znajome rysy uniezwykla�o m�tne, blade jarzenie sk�ry.

   - Co to? - powiedzia� Robert, post�pi� naprz�d i zatoczy� si�, a spod n�g wyprysn�o mu co�, trzepoc�c g�o�no. Schyli�em si� i przez palce przemkn�� mi drgaj�cy, �liski kszta�t.

   - Ryba - powiedzia�em zdumiony.

   - Ryba? Ale�... ale� ona �wieci... - wybe�kota� Robert. Rzeczywi�cie, ryba pe�ga�a blad� po�wiat�, kt�ra zdawa�a si� przenika� .przez jej �usk�.

   - Jak my... ale s�abiej... - rzuci�em, rozgl�daj�c si�. Doko�a niewyra�nymi plamami fosforyzowa�y ryby, t�uk�ce niemrawo o pod�o�e. Zauwa�y�em, �e pod�o�e to lekko ugina�o si� .pod krokami. Usi�owa�em zbada� je, pochylaj�c si� nisko. W regularnych odst�pach zia�y w nim okr�g�e otwory, tak wielkie, �e mog�em przecisn�� przez nie d�o�.

   - Gdzie my jeste�my?... - doszed� mnie g�os Roberta, kt�ry patrza� bez ruchu, jak po bark wciskam r�k� w otw�r. Nie natrafi�em na �aden op�r - pod spodem by�a pustka.

   - Nie wiem. Nic nie rozumiem. Musimy rozejrze� si�... o ile to mo�liwe, tutaj -powiedzia�em, wstaj�c. - Skoro dostali�my si� tu, musi, by� jakie� wej�cie, trzeba je znale��.

   Sam nie wiem, dlaczego nie wierzy�em w to, co m�wi�em. - Chod�my - zgodzi� si� Robert. Odrywa� mokr� koszul� od piersi, przeci�gn�� kilka razy palcami po �wiec�cych udach.

   - Co to mo�e by�? - mrukn��.

   Ruszy�em z miejsca. Posuwali�my si� niemal po omacku w g��bokiej ciemno�ci, kt�rej prawie nie rozwidnia�y nasze jarz�ce si� cia�a. Id�c ostro�nie, na ugi�tych nogach, z rozpostartymi r�kami, bo ta poddaj�ca si� substancja pod stopami nie budzi�a zaufania, napotkali�my kilka krok�w dalej troch� ryb, daj�cych s�abe znaki �ycia. Jedna, �ni�ta, nie �wieci�a wcale. Zwr�ci�em na to uwag�. Post�powali�my po �agodnie wznosz�cej si� pochy�o�ci. 1araz Robert natrafi� na �cian�, a w�a�ciwie zakl�s��, g�adk� powierzchni�. Dotykaj�c jej od do�u do g�ry, doszed�em do przekonania, �e znajdujemy si� we wn�trzu jakiej� du�ej wn�ki czy pieczary o ob�ych kszta�tach. Dalej dziury w pod�o�u znik�y, tak �e posuwali�my si� nieco szybciej. Robert wyprzedzi� mnie. W brzasku, jaki rzuca�a jego posta�, dostrzeg�em drug�, przeciwleg�� �cian�, tak samo sklepion�.

   - To jakie� okr�g�e koryto podziemne, czy co... - odezwa� si�. Nic nie odpowiedzia�em. Robert wydoby� sk�adany n�, przytkn�� go do matowej powierzchni i pchn��. Ostrze wesz�o prawie po r�koje��, tak �e wyci�gn�� je nie bez trudu. W jakim� bezsensownym gniewie d�gn�� jeszcze kilka razy podatn� substancj�.

   - Daj spok�j - rzuci�em surowo. - To nie ma sensu. - Prosz� ci�, prosz� - Robert schowa� n� i ruszy� dalej. Blado �wiec�c, jego sylwetka porusza�a si� w mrokach przede mn�. Stan��, pochyli� si�, a potem zn�w wyprostowany, wezwa� mnie w podnieceniu.

   - Tu jest co�... - jaka� droga...

   W �cianie chodnika, kt�rym szli�my dot�d, otwiera� si� rozleg�y lej czy mo�e wylot wiod�cego dok�d� przewodu nie mogli�my zrazu tego stwierdzi�, ale zapatrzony w mroczn� g��b, a� k�u�a mnie w oczach, odnios�em wra�enie, �e daleko tli si� tam opalizuj�ca iskierka. Dno tego leja le�a�o na wy�szym poziomie ni� chodnik. Wst�pili�my do �rodka. Pod nogami ugina�o si� wci�� bo samo elastyczne pod�o�e. �wiate�ko zbli�a�o si�, ros�o, a� zaja�nia�o tu� nad naszymi g�owami. Po wkl�s�ym stropie bieg�a rozjarzona smu�ka, zrazu cienka jak nitka, potem coraz grubsza, a� przesz�a w b��kitnaw� �y��, kt�ra wiod�a w g��b korytarza. Z boku pojawi� si� w �cianie otw�r. Wysuwa�a si� ze� cienka, �wiec�ca �y�ka i ��czy�a z t�, kt�ra bieg�a pod stropem. Jakby zm�wiwszy si� przystan�li�my.

   - Wiesz, gdzie jeste�my? - odezwa� si� cicho Robert.

   - Domy�lam si�.

   - We wn�trzu... meteoru...

   - Tak.

   - To nie by� meteor...

   - Nie.

   - Ale jaki�...

   Nie doko�czy�. Milcza�em. Ta szalona my�l oblega�a mnie od chwili otwarcia powiek. Wypowiedzian�, przyj��em ze spokojem. Znale�li�my si� - jak mog�em w to w�tpi�? W obr�bie dzia�ania r�nych od nas, rozumnych istot, mieli�my je pozna�, zobaczy�, to by�o nieuniknione. Robert my�la� jak ja. Dobieg� mnie jego szept:

   - Musz� tu by� gdzie�...

   Tam, gdzie do g��wnej �y�y do��cza�a si� druga, korytarz �agodnie skr�ca�. Szli�my dalej, pochylaj�c g�owy, z nogami grz�zn�cymi lekko w ci�gliwym pod�o�u - przemkn�o mi przez g�ow�, �e te istoty nie chodz� t�dy albo... nie maj� n�g... Jeszcze jedna �y�a i jeszcze. Ich z lekka w�ykowy przebieg nasuwa� my�l o tworze organicznym - jakie� kable bieg�yby chyba prosto... Robert dotkn�� ko�cami palc�w migaj�cej nad g�ow� �y�y.

   - Zimne... - szepn��. Zn�w zatrzymali�my si�. �cian� przed nami oblewa�o trzepoc�ce �wiat�o. Czu�em niepochwytny wiew - tam otwiera�a si� jaka� przestrze�. Zamarli�my. Robert �ciska� mnie za rami�.

   - My�l�...schwytano nas! - tchn�� mi prosto w ucho. - Nonsens! - odpar�em natychmiast takim samym szeptem.

   - M�wi� ci.

   - Sk�d wiesz?

   - Uwa�aj : mo�emy przecie� oddycha�!

   Te s�owa ol�ni�y mnie. Robert mia� racj�. By�o nie do pomy�lenia, �eby wn�trze statku z innej planety wype�nia�o ziemskie powietrze - nie tylko takie samo, ale to samo, bo najwyra�niej czu�em w nim wilgotn�, �wie�� wo� jeziora.

   - Zatroszczyli si� o nas - tchn�� mi w ucho Robert. Gruby kabel �wietlny pulsowa� nad nami. Nie by�em pewny, czy w jego s�owach nie kryje si� l�k. Sam nie czu�em go.

   - Chod�! - umy�lnie podnios�em g�os.

   - To nie sen, prawda? - spyta�, nie ruszaj�c si� z miejsca..

   - Nie ma sn�w �nionych wsp�lnie. Chod�! - powt�rzy�em. Korytarz rozszerza� si� za zakr�tem i ko�czy� si� uj�ciem, uj�tym w grube wa�y obrze�a. Dalej roztacza� si� przestw�r o nie daj�cych si� pochwyci� rozmiarach, p�mroczny, pe�en kr���cych nisko i wysoko �wiate�. Opalizuj�ce �y�y, grubo�ci ludzkiego tu�owia, wybiega�y z r�nych stron i ��czy�y si� w kr�te kana�y; w ich splotach trwa�a nieustanna cyrkulacja puszystych, pod�ugowatych �wiate�. Z g��bi wyst�powa�y zakl�ni�cia jakiej� materii ciemnej, po�yskliwej, w kt�rych sun�y �wietlne odbicia, powtarzaj�c si� seriami coraz dalszych i s�abszych b�y�ni��. Zarazem ca�a ta przestrze� rozpr�a�a si� i kurczy�a na przemian, l�ni�ce przewody smukla�y., rozci�ga�y si� z jak�� w�ow� gracj�, w �wiat�ach pojawi�o si� ciemniejsze pr�gowanie, rozpada�y si� na pojedyncze ob�oczki, by po chwili niepostrze�enie, sennie, znowu rozjarzy� si� i w rosn�cym blasku p�yn�� i kr��y�. W g��bi grubego przewodu nad nami, kt�ry wzbija� si� wysoko i w pl�taninie takich samych ��czy� si� z nimi, leniwie przep�ywa�y pod�u�ne, b��kitnawe �wiate�ka. Szare fosforyzowanie naszych cia� by�o teraz ledwo widoczne, jakby za�mione. Dotykaj�c si� ramionami, �ledzili�my bez ruchu dookolny obszar.

   - Patrz! - sykn�� Robert.

   Puszysta masa �wietlna, pr�gowana ciemnymi przew�eniami, sun�a ku nam; blaskiem swym do reszty zgasi�a po�wiat� naszych twarzy i poszybowa�a w g�r�, malej�c w oddaleniu.

   - Karolu... - szepn�� Robert - mo�e... to s�... oni?

   - Te �wiat�a?

   - Tak, przecie� my te�... widocznie ta przestrze� ma takie w�asno�ci. A ryby! Pami�tasz? One te� �wieci�y... wszystko, co �yje, wydaje tu taki blask...

   Milcza�em, patrz�c w korowody pe�zaj�cych �wiate�. Wci�gn��em g��boko powietrze. Ch�odne by�o i czyste. Tak, to nie m�g� by� przypadek. I od tej �wiadomo�ci serce zacz�o mi bi� powoli i ci�ko.

   - Karolu... - wyszepta� Robert.

   - Co?

   - Co b�dziemy robi�?

   To bezradne pytanie przypomnia�o mi co�.

   - Przede wszystkim musimy zapami�ta� drog�, kt�r��my tu przyszli - powiedzia�em i spojrza�em na siebie. Wyloty korytarzy, podobnych do tego, kt�ry nas tu przywi�d�, ciemnia�y w �agodnie pochylonych w ty� wn�kach.

   "Nasz" korytarz wyr�nia� si� rozmiarami, a tak�e otaczaj�cym go obwa�owaniem.

   - Spr�bujemy przej��... - powiedzia�em, kieruj�c si� w g��b przestrzeni. Robert ruszy� pos�usznie za mn�. W trwaj�cej, absolutnej ciszy kr��y�y �wiat�a, nadp�ywa�y, wymija�y nas, puszyste, faluj�ce �agodnie we wn�trzu szklistych przewod�w... zarazem ca�y obszar zdawa� si� oddycha� miarowo; jakby spa�. Dziwna rzecz, ta sama my�l musia�a zbudzi� si� w Robercie.

   - Karolu!

   - Co?

   Widzia�em, �e usi�uje poskromi� strach. �yka� d�ugo, zanim powiedzia�:

   - Mo�e to nie jest wn�trze statku, tylko...

   - Tylko co?

   - Organizmu... Drgn��em.

   - Jednego organizmu?

   - Tak. Statek m�g� mie� tylko jednego... jednego mieszka�ca. Mo�e jest metalow� skorup�, wype�nion� jednym wielkim organizmem, kt�ry...

   - Kt�ry �pi, zbudzi .si� zaraz i po�knie ci� - powiedzia�em szyderczo. - Wi�c jeste�my w jego trzewiach, tak? To jest "brzuch Lewiatana?"

   - Czemu nie?

   - To wykluczone!

   - Dlaczego?

   - Sk�d by si� tu wzi�o powietrze? Zreszt� do�� tego, to ty masz nazbyt bujn� wyobra�ni�, nie ja. Chod�. Krocz�c pod skrzy�owanymi przewodami, omijaj�c pionowe, wybiegaj�ce z pod�o�a rury, usi�owa�em przywykn�� do my�li, �e pod�ugowate �wiat�a s� �ywymi istotami, ale nie mog�em si� z tym pogodzi�. Nie zwraca�y na nas o ile mo�na by�o s�dzi� - najmniejszej uwagi. Szli�my tak, kr�t�, zawi�� drog�. W�dr�wka trwa�a chyba godzin�. Stopniowo otoczenie zmienia�o si�. Pod�o�e, dot�d g�adkie, fa�dowa�o si�, tworz�c pod�u�ne, p�ytkie rynny. M�czy�o mnie pragnienie. Gdyby�my mieli cho� troch� wody. Przypomnia� mi si� lodowaty odm�t jeziora, w kt�rym omal nie uton�li�my, i z�o�liwy grymas wykrzywi� mi usta. O n�dzo cz�owieczej egzystencji, oscyluj�cej wiecznie mi�dzy brakiem i nadmiarem. Skarci�em si� zaraz za to g�upie filozofowanie. K�tem oka zerka�em na Roberta. To przy�piesza� kroku, to stawa� i rozgl�da� si�, oblizywa� wargi, raz usiad� nawet, ale gdy spojrza�em na�, milcz�c wsta� i pod��y� za mn�. Wtem zagrodzi� mi drog�.

   - Karolu, to nie ma sensu. Wracajmy.

   - Dok�d?

   - Tam, sk�de�my przyszli. Tam s�... ryby... Zrozumia�em.

   - Jeste� g�odny?

   - Pali mnie pragnienie, �e ledwo mog� m�wi�. Mam ju� tego do��. Wracajmy. Mo�e uda si� przeci�� no�em te jakie� gumowe �ciany.

   - Wr�cimy tam, ale powinni�my pierwej zbada� t� przestrze� tutaj. Mo�e znajdziemy wyj�cie. Nie wydaje mi si�, �eby da�o si� je znale�� tam, w ciemno�ci.

   - Chod�my tam zaraz. Nie mog� ju�. Ja... powiadam ci, jeste�my obserwowani.

   - Obserwowani? Sk�d?

   - Nie wiem. Czuj� to.

   - Robercie, to przywidzenie. �eby wyj�� obronn� r�k� z tej historii, musimy stara� si�...

   - Przesta� mnie poucza�! - Robert wykrzykiwa� te s�owa ze skurczon� twarz�. - Wiem, wiem, musimy zachowa� si� rozs�dnie, mam by� rozwa�ny i rzeczowy...

   - Niepotrzebnie marnujesz si�y krzycz�c - wtr�ci�em. - Jak dot�d nie ma powod�w do rozpaczy, nie spotka�o nas nic z�ego i...

   - Naturalnie. Tak, wiem, troszcz� si� o nas. Prosz�, daj im do zrozumienia, �e bez wody i �ywno�ci nie mo�emy �y�. B�dziemy tu kona�, a oni nam przy�wiec�.

   - Robercie!

   Przemog�em rosn�cy gniew.

   - Zrozum, Robercie, �e oni nie mog� by� podobni do nas. Wyobra�enie, �e Kosmos mo�e powtarza� t� sam� drog� ewolucji, z tymi samymi kszta�tami, m�zgami, otworami oczu, ust, mi�niami, jest bzdur�. Musimy zachowa� zimn� krew.

   - No wi�c co, no wi�c co? - znowu mi przerwa�. Czy ja chc�, �eby byli podobni do nas, czy ja w og�le czego� chc�? Prosz� ci� bardzo, b�d� rozs�dny, b�d� tu genialnym my�licielem. Newtonem, Einsteinem, zaprezentuj im godno�� i m�dro�� cz�owiecz�.

   Robert umilk� nagle. Wargi mu lata�y. Zacisn�� je i poszed� naprz�d, nie patrz�c, czy id� za nim. �wiat�a wci�� przep�ywa�y nad nami. Posuwali�my si� we wkl�s�o�ci d�ugiej rynny, kt�rej brzegi wznosi�y si� stopniowo. W plamach �wiat�a, rzucanych przez rozjarzone chmury, szed�em miarowo, wyprzedzany coraz bardziej przez Roberta, kt�ry chwilami prawie bieg� - nie pr�bowa�em powstrzymywa� go, uzna�em to za bezcelowe. �wietlny g�szcz pulsowa� blaskiem i pochyla� si� z wolna ku nam, obni�a�y si� tu wielkie rury, pe�ne b��kitnawego m�enia, w kt�rym jawi�y si� coraz cz�ciej smu�ki trzepoc�cej czerwieni, tworz�c rosn�ce osady w g��bi szklistych kolumn. Widzia�em wyra�nie, jak w jednej przede mn� �w zg�stek t�eje, prze�wietlony rabinowo od �rodka, a� nadesz�a fala pot�niejszego blasku i ruchu i unios�a szkar�atne skrzepy. Zn�w mlecznosina jasno�� pa�a�a w g��bi kolumny. Zapatrzony w �w proces szkar�atnych przy�mie� i bia�ych rozb�ysk�w na chwil� straci�em z oczu Roberta. Nie widz�c go, rozejrza�em si� sta� kilka krok�w dalej jak skamienia�y. Naraz pocz�� si� nieznacznie cofa� ty�em... wyci�gni�t� nog� dotkn�� czego� u swych st�p... i z okropnym krzykiem rzuci� si� do ucieczki.

   - St�j! - krzykn��em. - Robert! Robert!

   Skoczy�em za nim. Wyrwa� mi si� z tak� si��, �e upad�em. W momencie zderzenia dostrzeg�em szkliste os�upienie w jego oczach. Powstaj�c na kolana, zawo�a�em go raz jeszcze, bez nadziei, �e us�ucha. L�ni�c�, coraz mniejsz� sylwetk� gna�, pochylony, przez pl�tanin� przep�ywaj�cych wolno, mi�kkich jak ob�oki �wiate�. Jeszcze raz zobaczy�em go, jak przeskakiwa� jak�� przeszkod�, potem znik�. Zosta�em sam. W pierwszym porywie chcia�em biec za nim, ale natychmiast zatrzyma�em si�. Godzinami m�g�bym b��dzi�, szukaj�c go w tym o�wietlonym labiryncie. Zawr�ci�em... Co go tak przerazi�o? Odnalaz�em wzrokiem to miejsce i zbli�y�em si� tam. W p�ytkim wg��bieniu, utworzonymi przez �cian� rynny, tkwi�a skulona posta� ludzka. Na ciemnym tle otoczenia �wieci�a blado, jak ja. Z g�ow� .pochylon� do przodu, z kolanami i r�kami przyci�ni�tymi do piersi, cz�owiek ten trwa� nieruchomo. Przep�ywaj�ca g�r� jarz�ca masa obla�a nas blaskiem. Nie rozumiej�c nic, z gard�em zaci�ni�tym ad ohydnego l�ku, porwa�em bezw�adn� posta� za ramiona. Pod palcami wyczu�em tward� pow�ok� - ten cz�owiek by� powleczony cienk� skorup� szkliwa! Mumia?! Odruchowo pu�ci�em go - przechyli� si� wolno i wspar� plecami o �cian� tak, �e jego twarz, s�abo �wiec�ca w mroku, spojrza�a w moj�.

   C� to by� za wstrz�s! Zna�em te rysy. Nie mog�em sobie zrazu u�wiadomi�, kogo przypominaj�... ale� tak, to by�a twarz Roberta - cho� zarazem podobna i do mojej... Raz jeszcze chwyci�em to cia�o... lekkie... puste... to nie by� �ywy cz�owiek, on nigdy nie �y� - to nie by� w og�le cz�owiek, ale kuk�a, martwa kuk�a.

   By�em bliski histerii. Spojrza�em na kr���ce woko�o pod�u�ne, wij�ce si� �wiat�o, jakby poszukuj�c odpowiedzi... Raz jeszcze zbada�em sumiennie ten po�yskliwy, sztywny kszta�t. Chaos rozsadza� mi g�ow�. Wsta�em, obrzuci�em to miejsce wzrokiem, jakby szukaj�c czego�. Naraz przypomnia�em sobie, �e Roberta nie ma. Usi�owa�em nak�oni� si� do spokoju, tak jak m�wi�em poprzednio do Roberta, lecz nie znalaz�em �adnej my�li, �adnych s��w. Powlok�em si� w stron�, z kt�rej przyszed�em.

   By�em jak w gor�czce; �wiat�a mrowi�y mi si� w oczach, przep�ywa�y, zaciska�em z ca�ej si�y z�by i powtarza�em bez g�osu "spokojnie... spokojnie..." Pragnienie wysuszy�o mi wn�trzno�ci, warg nie mog�em obliza�. Na my�l niespodzian� o soczystym, �wie�ym mi�sie ryb, poczu�em k�uj�cy b�l w szcz�kach. Nie my�la�em ju� o niczym innym, jak tylko o tym, by je odszuka�. Szed�em coraz szybciej pod wielkimi, pulsuj�cymi przewodami, a� dotar�em do wylotu wielkiego korytarza i pod b��kitn� �y�� stropu bieg�em, potykaj�c si�, dysz�c. Oddech rozkrawa� mi bole�nie krta� i p�uca. Musia�em zwolni�, gdy otoczy�a mnie ciemno��. Jedynie cia�o moje rzuca�o w ni� odrobin� blasku. Z wyci�gni�tymi r�kami kroczy�em naprz�d... obijaj�c si� od czasu do czasu o elastyczne �ciany - na koniec stop� poczu�em brzeg niewielkiego otworu. To musia�o by� gdzie� tutaj. Rzuci�em si� na kolana i o�wiecaj�c w ten spos�b w�asn� twarz� i r�kami otoczenie, szuka�em gor�czkowo, z sercem pe�nym rozpaczy. Nie by�o nic. Naraz dotkn��em czego� �liskiego, ob�ego. Ryba! By�a do�� "du�a, ale p�aska, wi�cej w niej by�o p�etw i ogona ni� mi�sa, krwi nie poczu�em nawet na j�zyku. Szuka�em dalej - nie by�o nic. Pomy�la�em, �e powpada�y na d�, w pustk� rozwieraj�c� si� za tymi okr�g�ymi otworami. Wci�� jednak szuka�em, a� odkry�em prawie gasn�ce ju� �wiate�ko. Porwa�em ryb�, b�yszcza�a s�abo... przez d�ug� chwil� trzyma�em j� tu� przed oczami jak skamienia�y, a potem wybuchn��em okropnym �miechem. To by�a podobizna ryby, szklista kuk�a, taka sama jak tamta, ludzka, w przestrzeni kr���cych �wiate�... Nie mog�em powstrzyma� �miechu, zanosi�em si�, a� mi �zy ciek�y po twarzy. Zamkni�ta przestrze� oddzwania�a g�ucho. Umilk�em raptownie. Siad�em w ciemno�ci, �cisn��em g�ow� r�kami i zacz��em my�le� z takim wysi�kiem, jakbym ci�ary d�wiga�. Ten przejaw Ich systematyczno�ci w dociekaniu, to pod�o�enie rybom rybiej kuk�y, a nam - ludzkiej, �wiadczy�o o tak zupe�nym nierozeznaniu w �wiecie ziemskim, �e doprawdy nie by�o powod�w do weso�o�ci. I gdzie� Oni w og�le s�? Pod zamkni�tymi powiekami ukaza� mi si� obraz przestrzeni �wietlistego kr��enia. Czy to naprawd� m�g� by� jeden ustr�j, jego trzewia? Nieprawdopodobne. Jakim jednak prawem odrzuci� t� hipotez�? Obecno�� powietrza pozwala�a na to. Organizm z innego �wiata, wype�niony ziemskim powietrzem - to nie sk�ada�o si� na sensown� ca�o��. Podobie�stwo do trzewi by�o naci�gni�te i prymitywne.

   Analogiami daleko nie zajd� - pomy�la�em. - Co� jednak trzeba zrozumie�, od czego� musz� zacz��, w przeciwnym razie grozi mi �mier� nie tylko w g�odzie i pragnieniu, ale w ca�kowitej niewiedzy; b�d� b��ka� si� tu, w samym j�drze zagadki, i nie pojm� do ko�ca niczego - c� za szyderstwo! Zdechn�, jak te ryby wy�owiony z wody, dusz�ce si� obok pod�o�onej im dyskretnie podobizny...

   Znalaz�em punkt wyj�cia. By�o to chyba dowodem mego ot�pienia czy utraty zdolno�ci dociekania logicznego, do�� �e jako odkrycie, jako gwiazd� przewodni� w mrokach, przyj��em oczywisty fakt, �e Oni przybyli na Ziemi�. Przybyli statkiem, kt�ry roz�arzy� si� w atmosferze, musia� wi�c by� zbudowany z jakiej� substancji twardej, odpornej na wysokie temperatury. Ale nie to by�o w tej chwili najwa�niejsze. Najwa�niejsze by�o, �e zanim przybyli, musieli tego swojego lotu zapragn��, postanowi� go, i w tym akcie stawali si� podobni do nas - bo my te� planujemy podr�e kosmiczne. A wi�c podj�li wypraw�, w jakich celach? Badawczych, zapewne. Sk�d? Nie wiadomo. Niewa�ne zreszt�. Jaki jeszcze mia�em materia�? Kuk�y. Wi�c pr�by nawi�zania kontaktu? To nie by�o pewne. Nale�a�o by� niezmiernie ostro�nym, by nie pob��dzi� przez pochopne wysnuwanie wniosk�w. Do czego mia�y s�u�y� kuk�y? �eby zbada� nasze reakcje? Ludzi - i ryb? Ale tej reakcji nie zrozumieliby, nie mogli jej odczyta�, bo nie pojmowali naszej mowy ani znaczenia naszych gest�w, ruch�w, naszego zachowania si�. Niczego. Sami na pewno nie wiedzieli o nas nic - analogiczne potraktowanie ryb i nas �wiadczy�o o tym chyba dostatecznie? By� jednak jeden istotny czynnik obecno�� powietrza. Dlaczego nam zapewnili powietrze, a rybom wody - nie? Mia�em niejasne wra�enie, �e gdzie� tutaj kryje si�, je�li nie rozwi�zanie zagadki, to pocz�tek jakiej� nici, po kt�rej b�dzie mo�na i��. Jeszcze raz przeszed�em etapy dotychczasowego rozumowania. Powietrze... Najprostsza odpowied� brzmia�a: wype�nia ono t� przestrze�, bo statek komunikuje si� (albo komunikowa� si� przez czas jaki�) z atmosfer�. Mo�e otwarte luki dla przewietrzenia? Nonsens. Wi�c mo�e otwarto je dla jakich� tam, nie znanych mi, ale nic z powietrzem ziemskim nie maj�cych wsp�lnego powod�w, a ono wtargn�o do wn�trza statku i wype�ni�o je - zupe�nie przypadkowo? Je�li tak si� rzec mia�a, to mog�em sobie darowa� moj� analiz� logiczn�.

   Z przypadkowej obecno�ci powietrza nie wynika�o nic przynajmniej w odniesieniu do inteligencji i obyczaj�w Istot. Mog�y w og�le nie oddycha� i rodzaj gazu, wype�niaj�cego statek, m�g� by� dla nich zupe�nie oboj�tny. To by�o zupe�nie mo�liwe. Nie t�dy droga - zbyt wiele mo�liwo�ci, a przy tym przypadek, jako wcale prawdopodobna przyczyna, kszta�tuj�ca wydarzenia, .zbija� mnie ca�kiem z tropu. W ka�dym razie dzi�ki historii z kuk�ami my�l o wszechwiedzy Istot, o ich zorientowaniu w ziemskich stosunkach mog�em pogrzeba�. Gdzie one by�y? Albo naprawd� znale�li�my si� w "brzuchu Lewiatana", wci�gni�ci pr�dem wsysanej przeze� wody, albo te �wiat�a... Co si� sta�o z t� wod�? Je�liby wype�ni�a to pomieszczenie, to potem �ciek�aby przez okr�g�e otwory, w kt�re powpada�y ryby. Ryby wr�ci�y do wody? Czy�by i o nie zadbali? Ca�y ten rozdzia� analizy zamkn��em z westchnieniem.

   G�owa bola�a mnie coraz mocniej, a tak by�em m�dry, jak na pocz�tku. Pragnienie wci�� mi doskwiera�o. W ciemno�ci zamajaczy�o co� blado - zerwa�em si� na r�wne nogi. �wietlista, wyd�u�ona posta� by�a ju� blisko. Pozna�em Roberta. Nie ruszy�em si� z miejsca. Podszed� do mnie i rozejrza� si�. Zrozumia�em go.

   - Ryb nie ma. Jedyn�, jaka zosta�a, zjad�em. Inne musia�y spa�� na d�.

   Nic nie m�wi�c skierowa� si� w stron�, gdzie po�yskiwa�a szklista rybia kuk�a.

   - Nie fatyguj si� - rzuci�em. W paru s�owach obja�ni�em mu to zjawisko. Odtr�ci� nog� martw� podobizn� i sta� nad ni� chwil� zgarbiony. Gdy zwr�ci� si� ku mnie, przerazi�em si� - tak .zapad�� mia� twarz. Wygl�da�, jakby si� postarza�o wiele lat.

   - Co� robi�? Gdzie by�e�? - spyta�em st�umionym g�osem.

   Wzruszy� ramionami, siadaj�c powoli. Poszed�em za jego przyk�adem. Zauwa�y�e� co� nowego? - spyta�em. Zaprzeczy� g�ow�.

   - Gdzie masz n�?

   - W kieszeni.

   - Daj mi go.

   Da� bez oporu.

   - Uspokoi�e� si�? - spyta�em.

   - Przesta�... - poprosi� ochryple. Zrobi�o mi si� go �al.

   - No, stary, co by�o, to by�o - powiedzia�em - chocia� mog�e� B�g wie jakiej biedy napyta�...

   - Nie mog� m�wi�... tak wysch�o mi w ustach... - szepn��.

   Milcz�c, wzi��em do r�ki n�, otworzy�em go i popr�bowawszy ostrza brzu�cem palca, przy�o�y�em je do brzegu najbli�szego otworu. Elastyczny materia� zrazu podda� si�, ale gdy nacisn��em mocniej, da� si� kraja�. Prowadz�c ostrze pi�uj�cym ruchem, doszed�em do nast�pnego otworu i zmieni�em tam kierunek ci�cia. Post�puj�c tak, wyci��em wreszcie p�at pod�o�a kszta�tu mniej wi�cej kwadratowe go - wtedy odgi��em zwis�� cz�� i pochyli�em si� nac powsta�ym, du�ym otworem. Zia�a tam niezg��biona ciem po��. Zawaha�em si�, co robi� dalej, gdy Robert przyszed� mi z pomoc�. Podni�s� �wiec�c� imitacj�, a ja, skin�wszy ze zrozumieniem g�ow�, natychmiast rzuci�em j� w d� Kl�cz�c, ze wstrzymanym tchem patrzyli�my. w �lad z b��kitnaw� smu�k� jej lotu.

   W czarnej g��bi ukaza�a si� taka sama �wietlista iskra ale mkn�ca w g�r�, na spotkanie tej, kt�ra spada�a: gdy obie zetkn�y si�, us�ysza�em cichy plusk i blade �wiate�ko "rybiej lalki" znieruchomia�o.

   - Woda! Tam jest woda! - odezwali�my si� z Robertem jak z jednych ust.

   - Ze cztery, mo�e pi�� metr�w - pr�bowa�em oceni� odleg�o��.

    Robert zrobi� taki ruch, jakby chcia� skoczy� w d�. Chwyci�em go za r�k�.

   - Nie r�b g�upstw!

   - Musimy si� tam dosta�!

   - Zaraz. Skaka� nie mo�na, kto wie, czy da�oby si� wr�ci�. Czekaj, mam!

   To by� dobry pomys�. Po�piesznie j��em wycina� d�ugi pas elastycznego pod�o�a, na kt�rym kl�czeli�my, tn�c je od otworu do otworu. Robota nie post�powa�a tak szybko, jak bym chcia�; ostrze wi�z�o w ciastowato-elastycznej masie. Robert, poj�wszy m�j plan, pomaga� mi. Zmieniaj�c si�, wyci�li�my w ko�cu pas do samej niemal �ciany, szeroki na p� metra, d�ugi bodaj na cztery, kt�ry zwisaj�c swobodnym ko�cem w d� dotyka� czarnego zwierciad�a wodY. Dzi�ki pozostawionym na jego bokach nier�wno�ciom, mo�na si� by�o opu�ci� po nim, jak po drabince. Szarpn��em raz i drugi - zdawa� si� do�� mocny, by utrzyma� nasz ci�ar. Obsun�li�my si� ostro�nie na d�, a� stopy nasze dotkn�y zimnej tafli; w�wczas pogr��yli�my si� w niej od razu po szyje. Nie puszczaj�c z r�k sko�nie napi�tego pasa, pili�my i pili, a� nam w brzuchach bulgota�o.

   Obmywszy twarz, poczu�em si� o wiele ra�niej. Si� przyby�o mi w jednej chwili. C� to by�a za rozkosz! Robert, kt�ry powesela� jak za dotkni�ciem r�d�ki czarodziejskiej, po dwu uderzeniach r�k dotkn�� �ciany. Zbadali�my dok�adnie t� zamkni�t� przestrze�. By�a to studnia o �rednicy czterech-pi�ciu metr�w. Z kolei spr�bowa�em nurkowa�, ale cho� pop�yn��em w d� ze wszystkich si�, a� pulsy rozdzwoni�y mi si� w g�owie i poczu�em do b�lu rosn�cy ucisk w uszach, nie zgruntowa�em - ani wiod�c d�o�mi po �cianach studni, nie natrafi�em na �adn� luk�. Wyp�yn�wszy powiedzia�em o tym Robertowi.

   Pogr��eni po g�owy, przytrzymuj�c si� lekko zwisaj�cego z g�ry pasa, dopiero teraz dostrzegli�my obaj to samo �e cia�a nasze przesta�y �wieci� - jedynie p�ywaj�ca tu� przy nas sztuczna ryba jarzy�a si� bladoniebieskawo.

   - Mo�e tu ju� jest granica tej przestrzeni, uwa�asz?! m�wi� rozgor�czkowany Robert. - A to mo�e bi� studnia wylotowa; statek zanurzony jest cz�ciowo w jeziorze i tutaj jest w�a�nie jego poziom!

   - Jeziora?

   - No, tak! Gdyby si� da�o, gdyby si� da�o znurkowa� a� do ko�ca tej przekl�tej studni i wyp�yn�� na zewn�trz! S�ysza�em, jak oddycha g��boko, nabieraj�c dodatkowego powietrza do nurkowania. Potem odepchn�� si� mocno i prawie .niedostrzegaln�, bia�aw� smug� sp�yn�� w d�, gin�c w coraz wi�kszej g��bi: tylko powierzchnia wody tu� przy mnie delikatnie pieni�a si� od b�bli powietrznych. Ju� pocz��em si� o niego niepokoi�, gdy znowu wychyn��. �apa� kurczowo powietrze.

   - Na nic, psiakrew! - m�wi� przerywanym g�osem. Potem uj�wszy jedn� r�k� pas, podni�s� si� i, wychylony z wody do po�owy, odchyli� si� w zamachu. Czu�em, jak miota si�, uderzaj�c przed siebie.

   - Co robisz?!

   - Pr�buj� �cian� no�em! - warkn��. Ale cho� wbi� go po r�koje��, nie natrafi� na pust� przestrze� - �ciany studni by�y grube.

   - Uwa�aj, jeszcze pu�cisz n� - powiedzia�em. - I wy�a�my. Piekielnie zimno.

   Nic ju� nie m�wi�c, wspi�li�my si� na g�r�. Tutaj dopiero ogarn�� nas ch��d. Otrz�sali�my z siebie wod� i wyciskali j� z w�os�w, energicznymi ruchami przy�pieszaj�c kr��enie krwi. Cia�a nasze zn�w �wieci�y szaro w mroku. Musia�a to by� w�a�ciwo�� przestrzeni.

   - Nie�le sobie poczynamy - odezwa� si� Robert. - Podziurawili�my "im" t� kich�...

   Zauwa�y�em b�y�ni�cie na jego przegubie.

   - Tw�j zegarek chodzi?

   - Tak. Jest wodoszczelny. Popatrza� na tarcz�.

   - Siedzimy tu ju� osiem godzin... Jeste� g�odny?

   - Raczej tak.

   - Ja te�. Co b�dziemy robi�?

   - Chod�my raz jeszcze do tych �wiate�. Musz� tam by� inne korytarze, trzeba je zbada�...

   - By�em w jednym - powiedzia� Robert. - Zw�a� si� coraz bardziej, a� w ko�cu nie mog�em i�� nawet na czworakach. Ale by�em te� w drugiej stronie, gdzie tych �wiate� jest najwi�cej, jest tam takie du�e wg��bienie i sko�ny szyb, troch� podobny do tego, ale w�szy. Nie wszed�em do �rodka, bo ba�em si�, �e nie uda mi si� wr�ci�. S� tam jakie� lustra, czy co� takiego...

   - Lustra?

   - Nie wiem, zobaczy�em samego siebie w pewnej odleg�o�ci, ale niewyra�nie, jak przez mg��.

   Stali�my przez chwil� niezdecydowani.

   - Wiesz, co mi przysz�o do g�owy? - podj�� Robert. Ta przekl�ta kuk�a wytr�ci�a mnie ca�kiem z r�wnowagi. Przyznaj� si� - straci�em g�ow�. Potem wyda�o mi si� to nieporozumieniem, ale takim absurdalnym...

   - Kosmicznym... - wtr�ci�em.

   -_ Tak, tak. Ale to mo�e by� jeszcze co� innego. Takie nieporozumienie nie by�oby w gruncie rzeczy istotne, ale nie zawsze to, co wydaje si� niewinne, jest niewinne naprawd�... Pami�tasz co� m�wi� o tych ma�pach i rakietach? przypomnia�a mi si� fotografia tego makaka, kt�rego ubrano w tak� �adn�, futrem podbit� kurteczk�, a na g�ow� wsadzono mu lotniczy he�m... Ma�pka my�la�a pewno, �e to taka zabawa, a tymczasem wystrzelono j� w pocisku na 500 kilometr�w!

   - S�dzisz, �e nasza sytuacja?...

   - Tego nie m�wi�. Ale tak mi si� skojarzy�o...

   - Jak na nasze obecne potrzeby, dysponujesz stanowczo zbyt bujn� fantazj� -- powiedzia�em. - No c�, prowad� tam, do tego wg��bienia i szybu, obejrzymy go...

   Jak to zwykle bywa, droga korytarzem wyda�a mi si� du�o kr�tsza, kiedy�my j� po raz trzeci ju� przebyli; wnet korytarz sko�czy� si� i otoczy�y nas rojowiska �wiate�.

   - To chyba nie s�... Oni - zni�aj�c g�os powiedzia� Robert, zatrzymuj�c si� ze wzrokiem wlepionym w mijaj�cy nas �wietlny ob�ok. - Chocia�... to przygasanie �wiat�a mo�e by� j�zykiem. Co? Jak my�lisz, wiele rozumia� makak z d�wi�k�w, kt�re wydawali ludzie, pakuj�c go do rakiety?

   - Daj�e raz spok�j tej nieszcz�snej ma�pie! - obruszy�em si�.

   Robert ruszy� naprz�d. Prowadzi� w stron�, w kt�rej przedtem nie by�em. �wietlisty g�szcz oddala� si� od nas; przechodzili�my mi�dzy przysadzistymi, mniej wi�cej wzrostu cz�owieka, gruszowatymi kszta�tami. Dotyka�em ich - L powierzchni� mia�y tward� i g�adk�.

   - Tutaj! - powiedzia� naraz Robert, przystaj�c. Znajdowali�my si� na dnie lejowatego wg��bienia; doko�a wznosi�y si� owe gruszowate twory, utworzone jakby z nasadzanych na siebie i pozlepianych bulwiastych gruz��w. Nad nami, .na trudnej do ocenienia wysoko�ci kr��y�y g�sto . �wiat�a, tworz�c jak gdyby firmament tej przestrzeni. W ich blasku ukaza� si� ziej�cy na wprost nas, otoczony okr�g�ym zgrubieniem wylot szybu, opadaj�cego sko�nie w d�. Tylko kilka metr�w �cian mog�em dostrzec, dalej pogr��a�y si� w mroku. Czeka�em, a� wzrok zaadaptuje si�, i po jakiej� minucie istotnie mog�em si�gn�� oczami g��biej; szyb zamyka�a p�aska, czarna powierzchnia, w kt�rej kiedy niekiedy o�wieca� nik�y b�ysk. Poszuka�em w kieszeniach jakiego� zb�dnego przedmiotu, a nie znalaz�szy nic, oderwa�em guzik od koszuli i rzuci�em go w g��b; ze�lizn�� si� po sko�nej �cianie i znik� w czarnym zwierciadle przy odg�osie delikatnego plu�ni�cia.

   - Tam jest woda! - powiedzia�em zaskoczony.

   - Przedtem nie by�o jej - odpar� nie mniej zdziwiony Robert.

   - Mam wra�enie, �e jeste�my tu znacznie wy�ej ani�eli tam, w tej ciemnej studni... wi�c... czy�by poziom wody si� podnosi�?

   - Mo�e nie ma �adnego jednolitego poziomu, tylko w jednych przewodach podnosz� j�, a w innych spuszczaj� - zauwa�y� Robert. Stali�my przez d�ug� chwil� nad ciemnym uj�ciem.

   - Po jakim� czasie zajrzymy tu znowu - powiedzia�em - zobaczymy, czy si� co� zmieni. A teraz... gdzie jest... m�wi�e�, �e jeszcze co� odkry�e�?

   - To nie �adne odkrycie - odpar� Robert. - Chod� t�dy. O ile mog�em si� zorientowa�, by� to centralny obszar tej wielkiej przestrzeni. W pobli�u jej �cian �wietlne sploty przebiega�y ca�kiem nisko, tak �e zagradza�y czasem id�cemu drog�, ale tutaj tworzy�y wysokie migoc�ce bez przerwy sklepienie. W tym chwiejnym, ale mocnym o�wietleniu otworzy�o si� przed nami koliste zapadlisko, kt�rego dno le�a�o o jaki� metr ni�ej od miejsca, w kt�rym zatrzymali�my si�. Po�rodku wznosi� si� rozleg�y tw�r, niepodobny do niczego, co kiedykolwiek widzia�em. Nakryty by� rodzajem wypuklaj�cej si�, lustrzanej tarczy, w kt�rej od�wieca�y pomniejsze odbicia g�rnych �wiate�; tarcz� t� d�wiga�y szypu�owate kolumny, splecione tak ciasno, �e ledwo palce mo�na by mi�dzy nie wcisn��: wydziela�y one ��tawy, m�tny blask.

   - By�e� tam na dole? - zwr�ci�em si� do Roberta.

   - Nie.

   - Zejd�my.

   Po sko�nej przechylonej wkl�s�o�ci osun�li�my si� na dno wg��bienia. Przedstawia�o mi si� teraz jako kolista rynna, kt�rej cz�� tylko mog�em obj�� wzrokiem, gdy� reszt� zas�ania� centralny tw�r; postanowi�em obej�� go doko�a. Po kilku krokach Robert zatrzyma� si�, skar��c si� na zawr�t g�owy. I ja czu�em si� jako� niesw�j. Podeszli�my do owych bursztynowo tlej�cych kolumn wspieraj�c si� i usiedli�my u ich st�p. Robert przy�o�y� sobie do czo�a metalow� r�koje�� no�a.

   - Ju� mi lepiej... - powiedzia� otwieraj�c oczy.

   - Nie mo�e by�, �eby�my si� tu dostali przez przypadek... - doda�, k�ad�c n� obok siebie. - Twoje szczury, wchodz�c do labiryntu, te�... - zamar� z nie domkni�tymi ustami.

   - Labirynt! Labirynt! - powt�rzy� bez tchu. Zacz��em �mia� si� umy�lnie g�o�no.

   - Robercie, jeste� niepoprawny. Gdzie� tu masz labirynt? W tej kolistej rynnie? Gdzie tu mo�na pob��dzi�? Wybiera� drog�? Wci�� opierasz si� na analogii - przedtem makak, teraz szczur - nie, m�j drogi... Co to jest! - zawo�a�em nagle.

   Robert si�gn�� w�a�nie po od�o�ony n�. Patrzyli�my na� obaj; by� to d�ugi, spr�ynowy n� o metalowej r�koje�ci i oto przedmiot ten, spoczywaj�cy w ��tym �wietle u st�p kolumny, kt�ra gwa�townie pocz�a si� rozja�nia�, zapa�a� odbitym w klindze ogniem, a potem poszarza�, wyprzejrzy�cia� i rozwia� si�. Znik�... a Robert, usi�uj�c chwyci� go w r�k�, zamkn�� pust� gar��. Nie wydaj�c g�osu, patrzyli�my w to miejsce jak zakl�ci. Zn�w dozna�em niemi�ego uczucia, jakby nadchodz�cej choroby morskiej. Bursztynowe pa�anie kolumny blad�o powoli... na tym samym miejscu pojawi� si� nik�y pod�u�ny cie�, nabra� srebrzystej barwy... i oto n� le�a�, jak przedtem, �wiec�c spokojnie w �wietle.

   Robert waha� si� go uj��, ubieg�em go. Metal by� letni, jakby nagrzany dotykiem cia�a. Powoli spojrzeli�my na siebie.

   - Z�udzenie optyczne... - spr�bowa�em si� odezwa�, bez wiary we w�asne s�owa. Robert, milcz�c, obejrza� kolumn�, dotkn�� jej r�k�, naraz gwa�townie zwr�ci� si� ku mnie z wyrazem przestrachu na twarzy.

   - Co...

   - S�uchaj !

   Us�ysza�em s�abe stukanie... odg�os krok�w. Robert sta� przez mgnienie bez ruchu, nas�uchuj�c, z kt�rej strony dobiega odg�os i poszed� tam. Ja za nim. Odg�os krok�w przed nami na mgnienie usta�... a potem wr�ci�, po�pieszny, jakby kto� przed nami ucieka�. Pobiegli�my obaj, Robert trzy kroki przede mn�. Naraz zza zakr�tu wy�oni�y si� plecy dwu biegn�cych, jak my, postaci. To byli ludzie. Jeden, wy�szy o p� g�owy, ci�gn�� drugiego za r�k�, tamten zdawa� si� opiera�. Zdumienie jakby mnie sparali�owa�o, zwolni�em kroku, stan��em... tamci odwr�cili si�... patrzeli�my na siebie. Ni�szym by� Robert. Tym, kt�ry go prowadzi�, ja sam. Robert - tamten Robert - krzykn�� przera�liwie i rzuci� si� do ucieczki, a ten, kt�ry sta� o dwa kroki przede mn�, pogna� za nim p�dem. Cz�owiek, kt�ry zosta� - podobny do mnie jak lustrzane odbicie - sta� wci��; gdy Robert mija� go, ten usi�owa� chwyci� go za rami� i krzykn�� co�, czego nie zrozumia�em, ale Robert wywin�� si� i przepad� za zakr�tem, w�wczas zawr�ci� i skoczy� w �lad za nim. Mo�e przez dziesi�� sekund sta�em sam, potem rzuci�em si� w stron�, w kt�rej znikn�li. Nie zrobi�em kroku, gdy rozleg� si� odg�os szamotania, zd�awiony j�k i �oskot. Rozbrzmia�o echo, wracaj�c p�aczliwymi, zwichrowanymi g�osami z r�nych stron na raz. Zobaczy�em Roberta. Wp� le�a� u st�p ��tawo �mi�cej kolumny i trzyma� si� za gard�o. Potkn��em si� o jaki� przedmiot - o n�. Dotyka� ostrzem niewielkiej plamy. Schyli�em si� i podnios�em go bezmy�lnie. Ostrze by�o powalane czym� lepkim, ciemnym. Spojrza�em na Roberta. Wci�� siedzia�, masuj�c sobie gard�o. Usi�owa� przem�wi�. Zacz�� kaszle� i spluwa�, potem patrz�c na mnie b�agalnie, wyj�ka�:

   - On... on dusi� mnie...

   - Co si� sta�o?

   - Nie chcia�em! My�la�em, �e to jaki� fantom, przebranie. Chcia�em go tylko zobaczy� z bliska, z�apa�...

   Znowu rozkaszla� si�. Naraz zerwa� si� na r�wne nogi i powoli zbli�y� si� ku mnie, pochylony. Patrza� mi d�ug� chwil� w twarz szklanymi oczami.

   - Ty kto jeste�? Kto ty jeste�?! - krzykn�� strasznym g�osem. Chwyci�em go za r�k�, usi�owa� si� wyrwa�. Zacz�li�my walczy�. Gdy spr�bowa� gry��, da�em mu w twarz... Osun�� si� na kolana.

   - Trzymaj si�, ty szmato! - krzykn��em. Wci�� trzyma�em go za ramiona. Jego mi�nie zwiotcza�y.

   - Uciekajmy st�d... uciekajmy... - mamrota�, nie patrz�c na mnie.

   - Zaraz p�jdziemy. Natychmiast! Ale trzymaj si�, Robert! G�owa do g�ry! Powiedz, jak to by�o, ale spokojnie, rozumiesz?

   - Bieg�em za nim, by�em szybszy, dogoni�em go tu... chwyci�em z ty�u za koszul�, z�apa� mnie wtedy za gard�o. Zacz��em si� dusi� i... i...

   - Dalej !

   - Uderzy�em...

   - No�em?

   - Tak. On upad�, wtedy ty nadbieg�e� i podnios�e� go...

   - Jak to ja?

   - No ty! Ty przybieg�e�, wzi��e� go na r�ce i poszed�e� tam - wskaza� przeciwn� stron� - a potem... .potem znowu przyszed�e�, ale ju� bez niego...

   - To nie by�em ja, ten, kt�ry... zreszt�, nie czas teraz na to. Wsta�! Jak si� czujesz? Mo�esz i��?

   - Mog�... Tak, mog�. Robert �yka� kurczowo.

   - D�awi mnie.

   - Poka�.

   Obejrza�em jego szyj�; z obu stron czerwienia�y na gardle odciski palc�w. Mo�e to sen? - przemkn�o mi przez g�ow�. Otar�em z krwi ostrze no�a, przytkn��em je do uda i nacisn��em. Gdy b�l sta� si� ostry, odj��em n�. Nie, to nie by� sen.

   - Ciemnieje... - powiedzia� Robert.

   Podnios�em g�ow�. Istotnie �wiat�a wysoko nad nami czerwienia�y, a w g��bi kolumny, pod kt�r� stali�my, w jej szypu�owatych zgrubieniach pa�a�y nieregularne zag�szczenia miodowego blasku. Wzmaga� si� coraz bardziej. Nie umiem powiedzie�, dlaczego ten rosn�cy blask wyda� mi si� po�arem, szalej�cym za szklist� pow�ok�.

   - Chod�my! - zawo�a�em i r�wnocze�nie poczu�em zawr�t g�owy. Nogami nie mog�em ruszy�, tak sta�y si� ci�kie.

   - Nie mam si�... Karolu... - us�ysza�em chrypliwy g�os Roberta. Obur�cz trzymaj�c si� niekszta�tnej kolumny, chwiej�c si� ca�ym cia�em, osuwa� si� po niej, a� ukl�k�. Gor�co rozsadza�o mi skronie; musia�em szybko usi���, padaj�c niemal, bo wyda�o mi si�, �e pod�o�e ucieka spod st�p, �e unosi mnie gdzie�. Wszystko zata�czy�o w oczach.

   Pojazd startuje! - przemkn�a my�l - odlatuj�... zabieraj�c nas z sob�!

   Ale nie poczu�em l�ku w przygniataj�cym, dziwnym bezw�adzie, kt�ry mnie opanowa�. Nie by�em ju� zdolny do �adnej my�li. Le��c obok Roberta, czu�em gwa�towne bicie serca, rozsadzaj�ce pier�, a blask nad nami pot�nia�, ca�a ta zwalista budowla gorza�a jak obj�ta p�omieniami. Zamkn��em oczy, trac�c do reszty poczucie kierunk�w. Potem zacz��em powoli przychodzi� do siebie. Ca�y by�em zlany potem; obak l�ni�a twarz oddychaj�cego otwartymi ustami Roberta.

   - Chod�my! Chod�my st�d! - wychrypia�em i z najwi�kszym wysi�kiem powsta�em. Mi�nie dr�a�y mi jeszcze, ale mog�em ju� i��. Robert by� s�abszy. Podpar�em go ramieniem, ruszyli�my ku stromej �cianie. Metrowa r�nica poziom�w dzieli�a nas od przestrzeni, z kt�rej przyszli�my, lecz zw�tpi�em, czy w tym stanie uda mi si� j� pokona�. Blask os�ab�, staj�c si� s�abym �arzeniem, gdy us�ysza�em z ty�u kroki. Porwa� mnie okropny strach, poci�gn��em Roberta, kt�ry podni�s� g�ow� i nas�uchiwa�.

   - Uciekajmy! - wydysza�.

   Zacz�li�my biec. Kroki za nami tak�e przy�pieszy�y. By�y tu�. Robert, trzymaj�c mnie za r�k�, odwr�ci� si� nagle. I ja spojrza�em za siebie. Stali tam dwaj ludzie. Nim jeszcze dostrzeg�em ich twarze, odgad�em, �e zobacz� nas samych �e sobowt�r Roberta pu�ci si� w pogo� za moim towarzyszem, �e rozegra si� - tylko przy odwr�conych rolach! ca�a scena, kt�r� ju� raz prze�y�em. Wszystko to przemkn�o mi przez g�ow� jakim� o�lepiaj�cym ol�nieniem, a "m�j" Robert z wykrzywion� twarz� pocz�� ucieka�, tamten pomkn�� za nim; "st�j! st�j!" - krzykn��em, wyci�gaj�c r�ce, ale umkn�� mi. Ten drugi patrza� na mnie, a ja na niego naraz uprzytomni�em sobie, �e kiedy ja sta�em tam, gdzie on teraz, widzia�em, jak m�j sobowt�r chwieje si� nieznacznie. Nast�pne, przera�liwe wypadki zatar�y wspomnienie tego zjawiska, kt�rego wtedy nie poj��em. Wtem d�gn�a mnie nowa my�l - o Robercie - i rzuci�em si� w stron�, w kt�rej znik� ze swym prze�ladowc�. Dopad�em obu, sczepionych, pod kolumn�. Jeden zatoczy� mi si� w ramiona krew zalewa�a mu koszul�. Podnios�em go jak pi�rko, i z ca�ej si�y przyciskaj�c do siebie, pobieg�em dalej. Gna�em jak szalony, zdawa�o mi si�, �e je�li tylko wynios� go st�d, je�li umkn� z tego ob��dnego kr�gu, wszystko da si� uratowa�, dlatego biegn�c na za�amuj�cych si� nogach z bezw�adnym Robertem przygniata�em go do siebie, jakbym w ten spos�b m�g� zatrzyma� jego krew, parz�c� mi cia�o poprzez koszul�. S�ysza�em przez chwil� tupot za sob�... a� nasta�a zupe�na cisza. By�em u kresu si�. Zataczaj�c si� z�o�y�em wiotczej�ce cia�o u st�p kolumny. Rana nie krwawi�a ju�. Mimo to zerwa�em z grzbietu koszul�, podar�em j� i pocz��em obwi�zywa� pier�. Sz�o mi to niesporo, nie mog�em zaci�gn�� w�z�a trz�s�cymi si� r�kami. Naraz otworzy� oczy.

   - To ty?... - powiedzia� s�abo. - Zdejm mask�...

   - Co m�wisz?! Nie odzywaj si�, le� spokojnie! - zawo�a�em.

   - Prosz� ci�, zdejm mask�... - powt�rzy�, opuszczaj�c powieki. - W laboratorium... Karol nosi� mask�... �eby szczur w labiryncie... nie m�g� odgadn��, czy jest na dobrej drodze, ale ja... nie musz�... zdejm, prosz� ci�.

   - To przywidzenie, Robercie... Nie mam �adnej maski i nie jeste�my w laboratorium, tylko na tym statku... wiesz przecie�... mia�e� wypadek, ale nie b�j si�... wszystko b�dzie dobrze - m�wi�em po�piesznie, pochylaj�c si� nad nim.

   Milcza� z zamkni�tymi oczami. Przy�o�y�em g�ow� do jego piersi. Nie us�ysza�em nic. Jeszcze raz i jeszcze przyciska�em ucho do nagiego cia�a. Nic. Podnios�em go. Szarpa�em za ramiona, g�owa lata�a mu na boki. Po�o�y�em go na powr�t. Gdy w obie r�ce wzi��em jego skronie, poczu�em, �e staj� si� ch�odne. Siad�em obok niego, podpieraj�c brod� na piersiach i trwa�em tak bez ruchu. �wietlisty firmament nad nami gas�, a kolumny wydziela�y szkar�atn� po�wiat�, coraz ciemniejsz�; zanurza�em si� jakby w krwawej chmurze; ten blask t�a� powoli, szarza�, jakby popiela�. S�ysza�em od dawna jaki� miarowy odg�os, ale nie zwraca�em na� uwagi... wtem co� dotkn�o mojej stopy i cofn�o si�. Dotyk wr�ci� po chwili, poczu�em ch��d. Spojrza�em nieprzytomnie. To by�a woda. Wzbieraj�c milimetr po milimetrze, zalewa�a dno zapadliny. W dr�twym os�upieniu patrzy�em na jej l�ni�c�, zygzakowat�, posuwaj�c� si� naprz�d lini�. Wci�� przybiera�a, zakrywa�a ju� moje uda, chcia�em podnie�� Roberta, �eby go nie zatopi�a, ale nie zrobi�em tego, dalej nie rusza�em si�, a woda powoli wznosi�a si�, �askoc�cym zimnem obejmowa�a m�j brzuch, podchodzi�a do piersi... blask zanurzonej podstaw� kolumny zn�w spot�nia�. Tylko ona jedna p�on�a jeszcze w zaleg�ych ciemno�ciach. Musia�em zamkn�� oczy, o�lepione a� do b�lu. Serce znowu roz�omota�o si�, straszliwy ci�ar d�awi� mnie, przygniata�... Naraz czarny, lodowaty odm�t porwa� mnie i wch�on��. Wi�cej nie pami�tam nic.

   Obudzi�em si� po niewiadomym czasie - po tygodniach, jak si� p�niej dowiedzia�em - w montrealskim szpitalu miejskim. Saperzy, op�ywaj�c na motor�wkach p�nocny brzeg jeziora dwa dni po kataklizmie, dostrzegli unoszone wod� cia�o na wp� nagiego, nieprzytomnego cz�owieka. To ja nim by�em. Po Robercie nie znaleziono �adnego �ladu. Kilka dni p�niej w szuwarach zachodniego brzegu rybacy odkryli szcz�tek naszej �odzi; miejsce to oddalone jest w prostej linii o kilkadziesi�t metr�w od strefy, kt�r� p�yn�li�my przez jezioro. D�ugi czas lekarze nie pozwalali mi wspomina� o przebytych wydarzeniach. Powiedzieli mi, �e dozna�em ci�kiego szoku i bredzi�em nieprzytomny.

   Przez ca�y pobyt w szpitalu ma�o interesowa�em si� otoczeniem i musia�em uczy� si� chodzi� - do tego stopnia utraci�em w�adz� nad w�asnym cia�em. W ostatnich dniach pocz��em stawia� pytania; zaspokajaj�c moj� ciekawo��, zaopatrzono mnie w plik gazet, z kt�rych dowiedzia�em si� o szczeg�ach katastrofy.

   Meteor, kt�ry widzieli�my w nocy z 26 na 27 wrze�nia, spad� na trz�sawiska, rozci�gaj�ce si� na obszarze tysi�cy hektar�w od p�nocnego brzegu jeziora. Nie znaleziono �adnych jego szcz�tk�w; uczeni t�umaczyli to tym, �e ogromna energia zderzenia zmieni�a rozpalon� mas� w gaz, kt�ry, rozpr�aj�c si�, obali� las w promieniu dziesi�tk�w mil i wznieci� liczne po�ary. Dlatego przez wiele dni nie mo�na si� by�o zbli�y� do centrum kataklizmu; badania prowadzono helikopterami i samolotami. Jeden z nich musieli�my s�ysze� z Robertem, zanurzywszy si� w rozleg�ej chmurze mgie�, kt�ra zakrywa�a p�nocn� cz�� jeziora. Meteorytolodzy doszli do zgodnego przekonania, �e .powt�rzy�a si� historia s�ynnego bolidu syberyjskiego. Obr�cony w gaz meteor ognistym s�upem wzbi� si� w najwy�sze warstwy atmosfery i rozp�yn�� si� w nich doszcz�tnie. R�wnocze�nie wgnieciona si�� wybuchu powierzchnia trz�sawisk utworzy�a rozleg�� depresj�, kt�r� w ci�gu doby wype�ni�o jezioro, tworz�c now� odnog�, tak �e obecnie miejsce zderzenia znajduje Si� kilkadziesi�t metr�w pod powierzchni� wody, otoczone bagnistymi wyspami.

   To, co opowiedzia�em o moich prze�yciach, uznano za p��d halucynacji. Gdy�my wp�yn�li na jezioro - t�umaczono mi - porwa� nas pot�ny pr�d wody, wype�niaj�cej powsta�y w zderzeniu lej, ��d� zaton�a, a my stali�my si� igraszk� fal, Robert uton��, mnie za� od�rodkowa si�a wiru wynios�a ku brzegom. Pr�bowa�em spiera� si�. Utrzymywa�em, �e niemo�liwo�ci� by�o dla nieprzytomnego cz�owieka pozostawa� na powierzchni przez kilkana�cie godzin - bo po takim czasie wy�owiono mnie - lekarze udawali zainteresowanie i zgodnie ust�powali; zrozumia�em wreszcie, �e nikt nie bierze moich s��w powa�nie. A� do wiosny przebywa�em na po�udniu, korzystaj�c z urlopu zdrowotnego, kt�ry zapewni� mi �yczliwie rektor Blasbury.

   Tu� przed ko�cem urlopu, wczesn� wiosn�, wsiad�em w poci�gu i .pojecha�em do Richmond, gdzie kilkana�cie mil od przedmie��, z dala od autostrady mieszka dawny m�j nauczyciel, s�awa kanadyjskiej psychologii, profesor Gadshill. Da�em mu zna� depesz� o moim przybyciu i wczesnym rankiem kwietniowym znalaz�em si� w ma�ym domku profesora.

   Siedz�c w ciasnym, kol�cym foteliku trzcinowym opowiedzia�em moj� przygod�. Profesor s�ysza� o niej. Krok po kroku, godzina po godzinie opowiedzia�em mu wszystko. Sko�czywszy, z zaci�ni�tymi z�bami czeka�em jego s��w.

   - Chcesz, �ebym ci powiedzia� moje zdanie? - spyta� cicho. - Powiedz najpierw, co sam o tym s�dzisz?

   - S�dz�, �e to by�o - powiedzia�em z naciskiem, patrz�c na w�asne r�ce, splecione na kolanie.

   - Oczywi�cie. Ale czy pr�bowa�e� u�o�y� to jako�, zrozumie�?

   - Tak. Czyta�em wiele... szuka�em w ksi��kach... rozmawia�em z fizykami i mechanizmu pewnych zjawisk domy�lam si�... przynajmniej fizycznego ich mechanizmu. Tylko w okre�lonych warunkach, takich jak ziemskie, up�yw czasu jest jednostajny i jednokierunkowy. Zmiany grawitacji mog� przy�piesza� go lub spowalnia�. By� mo�e, dla tych istot czas jest czym� takim, jak dla nas przestrze�... potrafi� modelowa� go, kszta�towa� jego bieg... jaka� architektura czasu - tak to sobie wyobra�am.

   My�l�, �e znale�li�my si� w labiryncie czasu. Incydent z no�em polega� na tym, �e w obr�bie pot�niej�cego pola grawitacyjnego strumie� czasu pocz�� p�yn�� szybciej, w jednym miejscu tylko, i n� oddali� si� od nas jakby skokiem w przysz�o��, a potem, gdy zjawisko to obj�o i nas, my�my go "dogonili"... P�niej czyta�em u Weyla o teoretycznej mo�liwo�ci powstania tak zwanej p�tli czasu. Normalnie istnieje tylko jedna tera�niejszo��, bezustannie staj�ca si� przesz�o�ci� - zrazu blisk�, potem coraz dalsz�. Ot�, w p�tli czasu mo�na prze�y� raz godzin� si�dm�, potem �sm�... tu czas poczyna si� cofa�, znowu - jeszcze raz - jest si�dma... i je�eli cz�owiek znajdzie si� w tym samym miejscu, w kt�rym by� o si�dmej, mo�e spotka� samego siebie...

   W owym momencie istniej� dwa przekroje tera�niejszo�ci... jeden wcze�niejszy, drugi p�niejszy. My byli�my w�a�nie w tym samym miejscu o dwu porach: raz, gdy�my weszli w p�tl� czasu i spotkali samych siebie, starszych o godzin�, a potem, gdy p�tla skrzy�owa�a si�, drugi raz... starsi o t� godzin�, widzieli�my znowu samych siebie. Raz z jednej strony... raz z drugiej... Skutki i przyczyny zamyka�y si�, tworzy�y ko�o... Uczucie ci�aru, utraty si�, gor�ca, musia� wywo�a� nag�y wzrost grawitacji, kt�ry zakrzywia� bieg czasu. Tak to sobie t�umacz�. Ale czemu to mia�o s�u�y�, co oznacza�o - nie wiem.

   - Tak... my�la�em o czym� takim - powiedzia� profesor. - A co sta�o si� ze statkiem? I jak wydosta�e� si� z niego?

   - Tego nie wiem. By� mo�e, oni po prostu... odlecieli. Stwierdziwszy, dajmy na to, �e Ziemia nie stanowi dla nich obiektu godnego d�u�szych bada�. Mo�e wzgardzili nami... Uznali nas za stworzenia nie do�� rozwini�te...

   Profesor patrzy� na mnie b��kitnymi oczami, kt�rych nie odmieni�a staro��.

   - Nie, tak nie mog�o by�, Karolu... Gdyby ten statek odlecia�... musia�oby to nast�pi� na oczach ekspedycji, kt�re op�ywa�y jezioro. Ca�� okolic� patrolowa�y bezustannie samoloty i helikoptery, a na po�udniowym brzegu pracowa�y stacje radarowe sonduj�ce mg��. Je�eli l�dowanie przebiega�o gwa�townie, pod postaci� kataklizmu, przy akompaniamencie ognia, wybuch�w, wstrz�s�w ziemi, to i start nie m�g�by przej�� nie zauwa�ony! A jednak sejsmografy, aparaty rejestruj�ce milcza�y. Nie dostrze�ono nic... Informowa�em si� dok�adnie, Karolu. To pewne.

   Opu�ci�em g�ow�.

   - Rozumiem. Wi�c pan te� s�dzi, profesorze, �e...

   - Nie, m�j drogi. Jest jeszcze jedna mo�liwo��. W�a�ciwie jedyna. Innej nie widz�.

   Podnios�em oczy. Profesor, nie patrz�c na mnie, g�adzi� powierzchni� stolika ko�cami palc�w.

   - Jak m�wi� tw�j przyjaciel, umieraj�c? "Zdejm mask�", tak? Dobrze powtarzam? I jeszcze: "Karol nosi� mask� w laboratorium, ale to przed szczurami..." Zrozumia�e�, czego chcia�?

   Milcza�em zaskoczony.

   - Nie rozumia�e�? My�la�e�, �e m�wi� bez sensu? Majaczy�, zapewne, a przecie� by� w jego s�owach sens bardzo istotny. M�wi� do owej istoty, prosi� j�, �eby ukaza�a mu swoj� prawdziw� twarz, nie chcia� umiera�, nie rozumiej�c - jak szczur... Zdaje mi si�, �e wiem, jaka by�a ta prawdziwa twarz Istoty... przynajmniej w owych godzinach, kiedy�cie b��dzili tam, w tej ciemno�ci. Koncepcj� twego przyjaciela sk�onny jestem przyj��. Mam na my�li "Brzuch Lewiatana". Tak, to m�g� by� jeden organizm, zamkni�ty w metalowej skorupie. Nie jest to za�o�enie konieczne dla tego, co chc� .powiedzie�, ale wydaje mi si� najprostsze. Ta studnia, kt�r� odkryli�cie... ciemna studnia ze zwierciad�em wody... Ta druga, sko�ny szyb, w kt�rym wznosi�a si� woda... a� pocz�a zalewa� owo wg��bienie, w kt�rym przebywa�e� na ostatku... Ten przyb�r wody daje do my�lenia. A potem pewne osobliwo�ci, jakie zaobserwowa�e� w tym �wietlistym �wiecie... M�wi�e� o sennym pulsowaniu �wiate�... o przygasaniu... pami�tasz?

   - Tak. Tak. Co� zaczyna mi �wita�. Profesor my�li, �e... �e ten statek by� uszkodzony? �e nast�pi�a awaria?

   - Awaria? Wi�cej. Istota z innej planety, olbrzymia, zamkni�ta w swym pocisku, kt�ry nie wytrzyma� impetu l�dowania... By� mo�e, nieprzewidziane skutki zetkni�cia sil z atmosfer�... albo gwa�towne och�odzenie w wodach jeziora. Pancerz, roz�arzony poprzednio tarciem, pu�ci�. Co dosta�o si� do wn�trza poprzez p�kni�cie?

   - Woda...

   - Nie, m�j drogi. Powietrze! Mogli�cie przecie� oddycha�! , A a potem - woda... Trz�sawisko ust�powa�o powoli pod olbrzymi� mas�, poch�ania�o j�... rozumiesz? Gasn�ce �wiat�a... zmiany ich barw... O, my�l�, �e nie na wasz� cze�� dzia�y si� tam dziwy...

   - Jak�e... a... a te kuk�y? - wyrzuci�em.

   - Istotnie, zagadkowe. Ale i tam przejawi�a si� pewna sekwencja: kuk�a by�a podobna do was. Potem... spotkali�cie siebie samych. Co to oznacza�o? Obawia�bym si� pr�by dopasowania tych element�w w ca�o�� nadmiernie logiczn�... Wywodzi�y si� one, by� mo�e, ze znajomo�ci jakich� stworze�, przypominaj�cych ziemskie... ale mo�e dzia�a�y tylko organizmy lub urz�dzenia podrz�dne, podporz�dkowane g��wnemu, kt�ry traci� ju� nad nimi w�adz�... Mo�e on sam podj�� pr�b�... Mo�e by� to tylko pocz�tek, jakby pierwsze s�owa, pierwsze litery, po kt�rych nie rozleg�y si� ju� dalsze, bo ten, kto chcia� przem�wi�, nie by� ju� do tego zdolny. Ten ogrom ton�� powoli w bagnie, �wiat�a stawa�y si� coraz bardziej uroznnaicone - czerwienia�y, szarza�y, nieprawda�? Ta feeryczna sceneria, owe fenomeny tak niepodobne do tego, co nam znane, te niezrozumia�e rysy sk�ada�y si� przecie� w oblicze tak bliskie nam, tak znajome! On kona�, Karolu. To by�a agonia.

   G�osu nie mog�em wydoby� z zaci�ni�tego gard�a, a profesor z drobnym u�mieszkiem ci�gn��:

   - Istoty gwiazdowe przedstawiamy sobie jako triumfator�w, l�duj�cych na naszej planecie, jako przewiduj�cych wszystko, niesko�czenie m�drych zwyci�zc�w pustki kosmicznej, a przecie� to s� istoty �ywe i omylne, jak my, i tak, jak my, posiadaj�ce sztuk� umierania...

   Nasta�o d�ugie milczenie.

   - A jak wydosta�em si� stamt�d? - spyta�em wreszcie. - Nadchodz�ca �mier� spot�gowa�a przemiany i procesy, przy�pieszy�a gwa�townie bieg czasu i tu� przed zatopieniem twego zamkni�cia, ocali�a ci�, bo zosta�e� wyrzucony w czasie daleko, o godziny naprz�d... a kiedy owe godziny, trwaj�ce dla ciebie kilka mgnie�, min�y, znalaz�e� si� na falach. Rozumiesz?

   - A wi�c on?...

   - Tak. Wessany przez p�p�ynne b�oto, tam, w g��bi w�d, pod grub� warstw� mu�u, pod z�o�ami gnij�cych szcz�tk�w ro�linnych, spoczywa w swoim strzaskanym statku ten przybysz z gwiazd.

    powr�t